Nowa Zelandia a bursztyny
Wniosek nasuwa się sam: drzewa bursztynodajne nie mogły być
drzewami chorymi. Może był to po prostu gatunek drzewa wytwarza-
jący obficie żywicę. Potwierdzeniem tego przypuszczenia może
być rosnące do dziś w Nowej Zelandii drzewo, nazwane przez tu-
bylców kauri, wydzielające żywicę przez konary, gałęzie, pień, korze-
nie, a nawet przez igły, gdyż jest to także drzewo iglaste.
Przyjmujemy więc, że było to drzewo iglaste, bursztynodajne,
którego skamieniałą żywicę do dziś wyrzucają fale Morza Bałtyckiego.
Tak, ale nie odpowiedzieliśmy na pytanie, dlaczego znajdujemy je
głównie w głębinach morza i przybrzeżnym pasie ziemi?
I tu przychodzą z pomocą geografowie i oceanolodzy, a jeśli
jeszcze dopuścimy do głosu klimatologa, wówczas okaże się, że tam,
gdzie znajduje się Morze Bałtyckie ze swoimi zimnymi wodami,
w dawnych czasach rozpościerał się ląd porośnięty puszczami typu
podzwrotnikowego. W tym gorącym klimacie bursztynodajne sosny
obficie wydzielały żywicę, tworząc coraz grubszą jej warstwę na
ziemi wokół swoich pni, przemieszaną z opadłymi igłami, gałązkami,
kawałkami kory. To właśnie geografowie sporządzili domniemaną
mapę tych terenów, a klimatolodzy określili panujący wówczas na
nich klimat jako podzwrotnikowy. Oczywiście zwrotnik był w tym sa-
mym miejscu, gdzie znajduje się i dziś, tylko strefy ciepła i zimna
na ziemi rozłożone były zupełnie inaczej.